Reklama

Kościół

Siostra naszego Boga

Był to chłodny lutowy dzień 2015 r. W siedzibie Małopolskiej Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych przy ul. Szlak 61 w Krakowie czekała na mnie pani Helena Matoga, wicepostulatorka procesu beatyfikacyjnego Hanny Chrzanowskiej. Przygotowała materiały, z których mogłem korzystać przy pisaniu książki o niezwykłej pielęgniarce, ale również zaprosiła kilka osób, które znały Hannę

Niedziela Ogólnopolska 17/2018, str. 22-25

[ TEMATY ]

Hanna Chrzanowska

Archiwum Archidiecezji Krakowskiej

Hanna Chrzanowska (z prawej) w chorych widziała Chrystusa, ukochała ponad wszystko i tej miłości uczyła innych

Pierwszą z nich była pani Aleksandra Opalska, uczennica Hanny, która poznała ją na początku lat 50. XX wieku. Niemal natychmiast uderzyły mnie jej entuzjazm i niezwykle żywe, bardzo plastyczne wspomnienie tych pierwszych spotkań, które miały miejsce ponad 60 lat temu.

– To była nadzwyczajna osoba – mówiła z zapałem p. Aleksandra – wymyślała najróżniejsze rzeczy, aby ulżyć chronicznie chorym w domach. Była np. taka pani, którą przez cały tydzień nie miał się kto zajmować. Siostra przyjeżdżała do niej dopiero w sobotę. Więc pani Chrzanowska wymyśliła, żeby wyciąć otwór w krześle. Pod spodem ustawiło się wiaderko i w ten sposób chora była w stanie się załatwiać. Na koniec tygodnia przyjeżdżała siostra, ja wtedy przychodziłam i kładłyśmy ją do łóżka do niedzieli wieczór. Wtedy nie było pampersów, nie było niczego. To był jeden przypadek. W sytuacji drugiej kobiety pani Hanna wymyśliła inny „wynalazek”. Robiło się w łóżku korytko z ceraty i dawało się czysty kawałek ligniny. Mocz zbierał się w tym korytku, które opróżniało się w czasie wieczornej wizyty. I tak ona egzystowała. Pampersy wprowadziły prawdziwą rewolucję w opiece nad chorymi.

Gdy czytamy dziś o takich sytuacjach, to możemy przecierać oczy ze zdumienia. I ja – gdy słuchałem tego opowiadania – przecierałem oczy (oczywiście, nie w sensie dosłownym) i zastanawiałem się, skąd się bierze autentyczny zachwyt mojej rozmówczyni, która o tych prymitywnych przecież rozwiązaniach mówiła, jakby to były wynalazki na miarę Nobla.

Reklama

Po dwóch latach pracy nad książką i rozmowach z wieloma pielęgniarkami zrozumiałem. Ten zachwyt budziła żarliwa, niecofająca się przed żadnymi przeszkodami, pełna inwencji miłość ich nauczycielki do chorych, miłość, którą przekazała swoim uczennicom, a także setkom ludzi, których zmobilizowała do niezwykłego dzieła – parafialnej opieki nad chronicznie chorymi w Krakowie. Miłość ta miała swoje korzenie w innej Miłości, o której Hanna tak kiedyś napisała:

„...szłam, chyba jakoś o zmroku, ulicą Krowoderską (po stronie nieparzystej, jeszcze bez świadomości, że to już parafia Świętego Floriana, a nie Szczepana) – i wtedy: «my pomagamy nieść krzyż Chrystusowi» – nie myślałam: «Chrystusowi w chorych». Chrystusowi wprost”.

28 kwietnia br. autorka tych słów zostaje wyniesiona na ołtarze jako błogosławiona Kościoła katolickiego.

Reklama

Tajemnica

Hanna Chrzanowska pochodziła z bardzo dobrego domu. Jej ojcem był Ignacy Chrzanowski, wybitny profesor literatury polskiej, matką zaś Wanda z d. Szlenkier – córka znamienitej warszawskiej rodziny Szlenkierów, przemysłowców i filantropów. Jej ciotką była Zofia Szlenkier, która ze spadku po rodzicach ufundowała pierwszy w Warszawie szpital pediatryczny. Nadała mu imię swojego taty i swojej mamy – Karola i Marii.

Hanna jako dziecko była pacjentką tej placówki i to chyba odegrało niebagatelną rolę w określeniu jej drogi życiowej:

„...chociaż myślę o lekarzach szpitala im. Karola i Marii z prawdziwym uznaniem, nie oni zagarnęli moje serce.

W nocy pielęgnowała mnie panna Aniela – nie znam jej nazwiska. Zdaje się, że pracowała w szpitalu bardzo krótko.

Gdybym pisała powieść, a nie pamiętnik, na pewno panna Aniela stałaby się w niej postacią centralną. Mała pacjentka ulega czarowi pielęgniarki, która wzbudza w niej płomień! Oczywiście siebie musiałabym odmłodzić przynajmniej o cztery lata, pięć lub sześć, aby płomień mógł trysnąć według reguł: «au milieu de sa plus tendre enfance» (Dosłownie: w swoim słodkim dzieciństwie; prawdopodobnie nawiązanie do wyrażenia: Nous nous aimions tous deux des la plus tendre enfance Kochaliśmy się od wczesnego dzieciństwa – z Tebaidy Racine’a).

Czułam się jednak naprawdę chora i troskę pani Anieli odczuwałam naprawdę głęboko. Po wyjściu ze szpitala napisałam dla siebie jego pochwałę. Panna Aniela otrzymała wyznanie mojej miłości i tym bardziej doskonale mogę sobie przypomnieć, o co mi wtedy chodziło. Chodziło o jakąś cichość, miękkość jej obejścia, głosu, dotknięcia. O postać w półmroku nocnej lampki, cichą i nieruchomą, a na moje wezwanie szybko, natychmiastowo działającą, uprzedzając prośby.

O tak, w powieści byłby wstęp taki: «ta noc zadecydowała o całym jej życiu»”.

Chyba jednak nie tylko ta noc, Hanna była bowiem wychowywana w duchu służby i pomocy bliźniemu. Niedługo po swojej hospitalizacji z okazji urodzin otrzymała dziesięć rubli z sugestią, aby przeznaczyć je na wsparcie małego pacjenta. Był on tak biedny, że nie miał ubrania, w którym mógłby opuścić szpital.

„A więc Matka wzięła mnie na Nowy Świat – zapisze po latach – i pokupowałyśmy wszystko: bieliznę, pończochy, buciki i ubranko – pamiętam granatowy sweterek, bodaj z czerwoną obwódką.

I – o szczęście! – Ciotka pozwoliła mi samej przestąpić progi raju! Zobaczyłam salę, zwierzęta, panna Terpiłowska w moich oczach ubierała malca (był bladziutki i bardzo zażenowany – ja też byłam zażenowana i nie pamiętam, czy jej pomagałam).

Dziś, patrząc na ten fragment mojego dzieciństwa, oceniam w nim pierwszorzędną metodę pedagogiczną. Nie chodzi o sam dar – (byłam tak obdarowana i tonąca we wszelkich obfitościach), ale o sposób złożenia daru, nie anonimowy na «jakiś cel», tylko konkretnemu biedakowi i do tego w ramach, które dały mi radość”.

A więc ta panna z dobrego domu, o wysokiej kulturze osobistej i bardzo rozbudzona intelektualnie, postanowiła jakby zejść po drabinie społecznej i zostać pielęgniarką. Wiele osób z jej otoczenia się temu dziwiło. „Córka Chrzanowskich ma posługiwać chorym?”. Było to odbierane niemal jak mezalians. Jednak rodzice szanowali i popierali jej decyzję. A ona była zdeterminowana.

Drogi tej jednak nie wybrała z pobudek innych niż ludzkie. Gdy w latach 20. ubiegłego wieku najpierw uczyła się zawodu pielęgniarki, a potem go wykonywała, jej stosunek do religii był niechętny.

Wiele lat później zapisała w pamiętniku:

„Przywieziono szesnastoletnią dziewczynę z zapaleniem otrzewnej. Patrzyłam na podwójną mękę: samej dziewczynki i jej ojca. Nie wiem, co bardziej mnie rozdzierało.

Było już beznadziejnie i wtedy przyszedł ksiądz. Niestety mnie wydawał się niepotrzebny w szpitalu, sztuczny. Czy przyczyną była tylko moja buńczuczna, negatywna ówczesna niewiara, czy też i jego sztywność, brak uśmiechu w naszą stronę, brak chęci współpracy?”.

Wówczas nie widziała żadnego związku między tym, co robiła, a Bożym nakazem miłości bliźniego. Gdy wspomina pobyt w szkole pielęgniarskiej, pisze:

„Ale choć w tej mojej pradawnej szkole uczono nas zaparcia się siebie, ofiarności bez zastrzeżeń, choć na naszej szkolnej broszce wśród innych napisów widniało słowo «służba» – jakże daleko, będąc tak blisko człowieka, któremu służyłam, byłam od ducha służby ewangelicznej. Ani mi nie mignęła myśl o służbie Bogu, dalekie mi było, nie znane pojęcie o życiu na chwałę Bożą, dalekie na długie lata”.

Z pewnością przyczyniło się do tego wychowanie. Swoich rodziców charakteryzuje jako niewierzących. Matka „długie lata w mękach ateistycznego pesymizmu”, ojciec „pozytywistyczny wówczas liberał, co się zowie”.

W latach międzywojennych Hanna Chrzanowska napisała trzy powieści, z których dwie zostały wydane drukiem. Wyraźnie obecne w nich wątki autobiograficzne wskazują na wielki przełom wewnętrzny, który dokonał się w duszy autorki. Przełom ten wiązał się z cierpieniem, lecz za nim otwierała się perspektywa Miłości wiecznej, której Hanna pozostała wierna do końca życia.

Delikatne światło na tajemnicę jej wiary, jej nadziei i jej miłości rzuca wspomnienie spowiednika Hanny – o. Placyda Galińskiego OSB, który wiele lat po jej śmierci napisał o niej krótkie świadectwo. Czytamy w nim m.in.:

„Wreszcie sprawa najdelikatniejsza, o której NIE MOGĘ jasno mówić ze zrozumiałych względów. W młodości przeżyła pewien dramat. Nie chodziło tu NA PEWNO o jakiekolwiek zło, ale ten dramat na długie lata położył się cieniem na jej życie. Z biegiem czasu nastąpiło uspokojenie i zobaczenie sprawy w świetle Bożej miłości”.

Jedno jest pewne. Gdy okres międzywojenny dobiegał końca, Hanna Chrzanowska, znana już wówczas i wysoko ceniona pielęgniarka, była osobą głęboko wierzącą. Wiara jej ulegała dalszemu pogłębieniu w czasie okupacyjnej nocy, kiedy przychodziły na nią dalsze ciężkie doświadczenia: śmierć brata w Katyniu i śmierć ukochanego ojca, aresztowanego razem z profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego w słynnej Sonderaktion Krakau, który zmarł w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen.

Dzieło jej życia

Z okresu praktyk w szpitalu Hanna zapamiętała rozmowę z pewnym pacjentem – starszym panem, którego często odwiedzała żona. Kiedyś zaczęli ją pytać o szkołę, o koleżanki, a wreszcie padło pytanie:

– A pani po co właściwie poszła na pielęgniarstwo?

– No, bo to lubię – odpowiedziała.

Wówczas ten miły pan spojrzał na nią ostro i zapytał:

– A co pani lubi? Sam szpital czy chorych ludzi?

Dziś, gdy patrzymy na całe jej życie, odpowiedź na to pytanie nie nastręcza najmniejszych wątpliwości. Po wojnie Hanna pracowała w Państwowej Szkole Pielęgniarstwa w Krakowie, gdzie sprawowała kierownicze stanowiska, ale jej pasją była pomoc chronicznie chorym w domach. Angażowała w nią przyjaciółki pielęgniarki, a także uczennice – m.in. wspomnianą p. Aleksandrę. Hanna miała rzadki dar wynajdywania tych chorych i nie potrafiła spocząć, jeśli nie zapewniła im jakiejś – choćby nawet najbardziej prymitywnej – opieki. Jednak chorych przybywało, a rąk do pracy – nie. Wręcz przeciwnie, pojawiały się coraz większe opory wobec angażowania uczennic, tak że w pewnym momencie przed Hanną pojawiła się ściana:

„Wiedziałam, że nie wolno ich odciągać z zakładów otwartych i zamkniętych Społecznej Służby Zdrowia. Przecież nie chodziło mi o jakąś pracę na marginesie stałych zajęć, tylko o potraktowanie pracy po domach jako zajęcia stałego, płatnego. Liczyłam na zdobycie chętnych kobiet, nie pielęgniarek, które można przyuczyć do pełnienia najprostszych czynności, tak jak się przyucza salowe. Byle chorzy nie cierpieli więcej, niż muszą, byle nie leżeli w brudzie, zaduchu, w odleżynach, w samotności, zaniedbaniu ciała i duszy”.

Hanna szukała życiowych świateł w Tyńcu, w klasztorze Benedyktynów, których była oblatką. To właśnie w czasie spaceru po wałach tynieckich przyszła jej do głowy myśl, aby opiekę nad chorymi w domach oprzeć na Kościele. Ale jak to zrobić? Poprzednio już podejmowała pewne próby, lecz wszystkie kończyły się fiaskiem.

Wówczas z pomocą przyszła jej przyjaciółka, Zofia Szlendak, która znała pewnego księdza wrażliwego na ludzi chorych i otwartego na środowisko służby zdrowia. Ksiądz ten nazywał się... Karol Wojtyła. W ten sposób zetknęli się po raz pierwszy – przyszły święty papież i przyszła błogosławiona pielęgniarka. Spotkanie było zwięzłe i rzeczowe: ks. Wojtyła powiedział, że za trzy dni pójdą wspólnie do proboszcza parafii Mariackiej, ks. inf. Ferdynanda Machaya. Na to spotkanie Hanna przygotowała sobie cały „kołczan strzał”, „cała była kołczanem” – jak o sobie napisała. Były to historie chorych, których znała, historie wstrząsające:

„Matka nieślubna na klinice położniczej. Dzieckiem zajmować się nie chce. Otaczamy ją opieką po wypisaniu; ponieważ nie ma warunków pozwalających na powrót z dzieckiem do domu – to ostatnie umieszczamy w Domu Małego Dziecka (bo w Domu Matki i Dziecka przyjęcia chwilowo wstrzymane: kwarantanna). Ale sprawa najważniejsza – rozbudzenie w matce uczuć macierzyńskich. Młodziutka pielęgniareczka co dzień prowadzi ją do zakładu, aby karmiła dziecko. Po kilku dniach matka chodzi już sama, nie można jej odgonić. Ojciec znany. Ta sama pielęgniarka skłania go (z trudem), aby zobaczył się z matką dziecka. Nie ma gdzie – więc cała trójka spotyka się gdzieś na ulicy. Wodzą się długo. Po paru dniach ojciec oświadcza: «Nie wiem, do cholery, co się stało, ale ta pani (tzn. pielęgniarka) tak mnie opętała, że chyba się ożenię». Trudności, brak papierów dla urzędu stanu cywilnego – wszystkie przezwyciężone. Ale brak spodni dla pana młodego. Wytrzaskujemy spodnie. W końcu triumf: ślub – oczywiście za darmo, bo oboje nie mają pieniędzy – w kościele oświetlonym a giorno.

Psychicznie chora w ciemnej norze bez okna, dziury w podłodze, rozwalone kraty, kopcący piecyk, barłóg zasłany łachami. Wchodzimy – nic nie widać przez dym, tylko rzuca się na nas pies. Po chwili dostrzegamy na barłogu stwora z włosami na jeża, z twarzą dosłownie czarną od brudu. Cała w strupach. Jedyne ogrzewanie zimą – to pies na barłogu. Chora co jakiś czas żywiona «przez ludzi», rodziny nie ma, tylko brata poza Krakowem, który o siostrę nie dba. Tak całymi miesiącami. Pielęgniarka znalazła ją przypadkiem. Przenosimy do zakładu. Umiera w krótkim czasie”.

Jak się okazało, Hanna nie musiała wyciągać żadnej „strzały”.

„Przedstawiłam mu krótko i węzłowato sytuację chorych. Brak istnienia pielęgniarstwa domowego w ramach służby zdrowia. Okaleczałą placówkę szkoleniową. Konieczność zaangażowania przez proboszcza stałej, płatnej opiekunki chorych. Wielki, siwy, patrzył na mnie spokojnie oczyma, które potem były tak bardzo biedne, a wtedy jeszcze zdrowe.

Tak! Zagadnienie chorych jest mu znane jeszcze z parafii Najświętszego Salwatora. Rozumie. Potem rzeczowo: «1000 zł miesięcznie wystarczy?»”.

Tak zaczęło się dzieło życia Hanny. Zależało jej na tym, aby chorzy mieli opiekę fachową (stąd potrzeba zatrudnienia etatowego, za wynagrodzeniem), a jednocześnie pełną miłości. Rozum i serce, umiejętności i miłość, świeckie podejście (fachowość) wychylone ku wieczności (motywacja nadprzyrodzona opiekunów i przybliżanie chorych do Boga) – tak w największym skrócie można opisać ducha tego dzieła, które zaczęło się od opieki nad dwudziestu pięciu chorymi, by po dziesięciu latach odnotować niemal dziesięciokrotny wzrost. Na początku lat 70. w parafialnych zespołach pielęgnowano przeszło siedmiuset chorych i odwiedzano kolejnych pięciuset!

Święci rodzą świętych

„13 XII 1966

Bardzo drogi i Przewielebny Księże Arcybiskupie!

Pojutrze mają mnie operować. Jest mi bardzo dobrze na duszy, cokolwiek się wydarzy, stanie się dobrze.

Chciałam przed pójściem na klinikę być jeszcze, z trudem, w Tyńcu, tymczasem Opatrzność Boża zesłała tu, do Krakowa, Ojca Leona, który mnie ustawił tak niezmiernie po tyniecku. Trudno mi wyrazić, ile ja Tyńcowi zawdzięczam i od wielu już lat biorę stamtąd i biorę, i Panu Bogu dziękuję”.

List ten Hanna napisała do abp. Karola Wojtyły, jednak adresat odczytał go z górą sześć lat później. Miał on być bowiem dostarczony dopiero po jej śmierci. Spodziewała się jej już w 1966 r., gdy zdiagnozowano u niej nowotwór. Jednak wówczas, po wielkich cierpieniach, pokonała chorobę, która powróciła na początku 1973 r. i doprowadziła do zgonu Hanny 29 kwietnia. Była to pierwsza niedziela po Wielkanocy, dziś – dzięki decyzji Jana Pawła II – obchodzona jako Niedziela Miłosierdzia Bożego.

Zachowała się spora korespondencja między Hanną a Karolem Wojtyłą. Jej lektura, a przede wszystkim historia współpracy tych dwóch osób, potwierdza wagę, którą przyszły papież przywiązywał do działalności Hanny, a także bliską łączność duchową między nimi.

Ten ostatni list rzuca pewne światło na tajemnicę Hanny:

„Kiedyś, jako że Ksiądz Arcybiskup przez Swą osobowość wyzwala ze mnie niecodzienną dla mej samej szczerość, powiedziałam, że u źródła mojej obecnej (od blisko 10 lat dziś) pracy leży wielkie cierpienie. Że miałam, mogłam wyjechać do bardzo kochanego i bardzo kochającego człowieka, ale się tego wyrzekłam. Chcę wyjaśnić: nie wyrzekłam się dla tej pracy, o której wtedy jeszcze wcale nie myślałam, ani dla innej, tylko dla samego Boga. (Ta praca – najbardziej ukochana ze wszystkich innych – może jest nagrodą. Nie wiem).

To wyrzeczenie się było przeraźliwe dla nas obojga, a ja miałam okropne przeświadczenie, że krzywdzę. Musiałam tak zrobić. Jakoś tak się stało, że dowiedziałam się tego, że muszę tak zrobić, w moim wnętrzu cierpiącym wobec Chrystusa. Ksiądz Arcybiskup powiedział wtedy: miłość rodzi miłość. Chyba muszę dodać: miłość i cierpienie rodzi miłość. Miłość do moich chorych.

Jest mi dobrze na duchu. Jakże chcę wrócić do pracy, w której jestem potrzebna. I patrzeć jeszcze na piękno świata, które w czasie mojej grzesznej, bezbożnej młodości było dla mnie najwyższym motywem. (Ale już wiem od jakiegoś czasu, od niedawnej wędrówki po bieszczadzkich połoninach, że to piękno jest niczym wobec tego, które mnie czeka po śmierci).

Boże mój, jakże będę szczęśliwa, jeśli danym mi będzie już teraz odejść. Nie, nie chodzi o piękno. Chodzi o Miłość, w której kiedyś, po pokucie tak bardzo mi należnej, zamieszkam”.

Kard. Wojtyła przyjechał specjalnie z Wrocławia, aby poprowadzić pogrzeb Hanny Chrzanowskiej. W czasie homilii powiedział:

„Dziękujemy Ci, Pani Hanno, za to, że byłaś wśród nas, że byłaś taka, jaka byłaś. Dziękują Ci za to opiekunki chorych, siostry zakonne, pielęgniarki, młodzież akademicka – cały Kościół krakowski. Dziękuję Ci za to jako biskup Kościoła krakowskiego. Byłaś dla mnie ogromną pomocą i oparciem.

A raczej dziękujemy Bogu za to, że byłaś wśród nas, taka, jaka byłaś, z tą Twoją wielką prostotą, z tym wewnętrznym spokojem, a zarazem z tym wewnętrznym żarem; że byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze; zwłaszcza tego, które mówi: «Błogosławieni miłosierni»... Że byłaś jakąś zapowiedzią tych ostatnich słów, które usłyszymy wszyscy – Ty je już usłyszałaś; chyba szczególnie w tych ostatnich słowach uwydatnił Pan Jezus to: «byłem chory, a zaopiekowaliście się mną». Byłem chory naprzód w różnych klinikach i szpitalach Krakowa; byłem chory w domach, na poddaszach i w suterenach; byłem chory i często całymi tygodniami zapomniany od ludzi – znalazłaś mnie albo sama, albo przez Twoje siostry, zaopiekowałaś się mną...”.

Dwadzieścia dwa lata później, w czasie rozmowy z rodziną Szlenkierów – kuzynów Hanny Chrzanowskiej – Jan Paweł II wyznał: – Ona była zawsze bardzo bliska mojemu sercu. A po rozpoczęciu starań o uznanie Hanny za błogosławioną powiedział ks. Antoniemu Sołtysikowi, pierwszemu postulatorowi procesu beatyfikacyjnego Hanny: „To bardzo ważna sprawa, pilnujcie jej”.

***

Paweł Zuchniewicz, „Siostra naszego Boga. Niezwykła historia Hanny Chrzanowskiej”. Wyd. ZNAK 2017.

Skąd wzięło się jej powołanie? Jaki duchowy związek wytworzył się między nią a Karolem Wojtyłą, przyszłym świętym papieżem Janem Pawłem II? Dlaczego nazywamy ją prekursorką hospicjów domowych, a przede wszystkim czym zasłużyła sobie na miano siostry naszego Boga? – odpowiedź na te i nie tylko te pytania czytelnik znajdzie w beletryzowanej biografii polskiej pielęgniarki, beatyfikowanej 28 kwietnia 2018 r.

Red.

***

Paweł Zuchniewicz, dziennikarz, pisarz, wicedyrektor ds. wychowawczych szkoły „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”, autor biografii Hanny Chrzanowskiej pt. „Siostra naszego Boga”

***

Apel Związku Lekarzy Polskich

Zwracamy się do wszystkich lekarzy o zgłoszenie poparcia dla projektu ustawy „Zatrzymaj aborcję” pod adresem: Związek Lekarzy Polskich, ul. Baczyńskiego 26/8, 05-092 Łomianki

2018-04-25 11:29

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dziś 2. rocznica beatyfikacji Hanny Chrzanowskiej, pionierki pielęgniarstwa społecznego

Sumienie polskiego pielęgniarstwa i wzór jak służyć Chrystusowi w bliźnich – mówił o Hannie Chrzanowskiej kard. Karol Wojtyła. Krakowska pielęgniarka jest pierwszą osobą beatyfikowaną z kręgu jego współpracowników i przyjaciół. Do chwały ołtarzy została wyniesiona dokładnie 2 lata temu - w przeddzień 45. rocznicy śmierci i 20 lat po wszczęciu procesu beatyfikacyjnego.

Tradycje domu rodzinnego

Hanna Chrzanowska urodziła się 7 października 1902 r. w Warszawie. Jej rodzicami byli Wanda Szlenkier i Ignacy Chrzanowski, wybitny profesor literatury polskiej na UJ. Ojciec, wielki humanista i erudyta, wpoił córce miłość do słowa pisanego i wrażliwość na jego piękno. Pod jego wpływem Hanna wybrała studia polonistyczne.

Matka Wanda pochodziła ze znanej rodziny warszawskiej Szlenkierów, zaangażowanej w sprawy społeczne. W domu wspierano ubogich, organizowano kolonie dla sierot, kwesty. „Wzrastałam w atmosferze pomocy drugim” – pisała Hanna w swoich pamiętnikach.

„W domu rodzinnym Chrzanowskiej na pierwszym miejscu zawsze stał człowiek, jego godność i potrzeby. Rodzice wpajali dzieciom uniwersalne wartości humanistyczne. Obok stał Pan Bóg” – tłumaczy ks. Andrzej Scąber, delegat Arcybiskupa Krakowskiego ds. Kanonizacyjnych. „U Hanny, wskutek doświadczeń osobistych, nastąpiło przewartościowanie: Bóg stanął w centrum, na pierwszym miejscu, od Boga prowadziła droga ku człowiekowi” - dodaje ks. Scąber.

Hanna Chrzanowska bardzo kochała oboje rodziców. Dwa lata temu, podczas ekshumacji jej doczesnych szczątków, znaleziono w rozpadającej się trumnie woreczek z ludzkimi prochami. Żyje jeszcze siostra felicjanka, która ubierała Hannę do pogrzebu. To ona włożyła do jej trumny urnę z prochami prof. Ignacego Chrzanowskiego. „Kiedy został zamordowany w obozie Sachsenhausen, rodzina zwróciła się z prośbą o wydanie prochów. Przyszła tekturowa skrzyneczka, którą matka i córka profesora pochowały na Cmentarzu Rakowickim, w grobowcu, gdzie po latach spoczęła Hanna Chrzanowska” – opowiada ks. Scąber,

Powołanie do służby cierpiącym

W listopadzie 1920 roku Hanna trafiła z przyjaciółką do kliniki chirurgicznej przy ul. Kopernika 40 w Krakowie, gdzie leczono rannych żołnierzy. „Zbierałyśmy dla potrzebujących po domach, co się tylko dało. Potem była praca w budce na stacji, gdzie poiłyśmy herbatą żołnierzy i cywili” – wspominała tamte czasy. Jako osiemnastolatka rozpoczęła kurs dla pielęgniarek, organizowany przez amerykański Czerwony Krzyż. Zrezygnowała ze studiów, wstąpiła do Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa i rozpoczęła drogę, która okazała się jej życiową misją i powołaniem: drogę służby cierpiącym, wykluczonym i chorym.

Przyszła pielęgniarka wyjechała na roczne stypendium do Paryża, gdzie po raz pierwszy zetknęła się z ideą pielęgniarskiej opieki społecznej. Po powrocie została instruktorką w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie, a w latach 30. pracowała jako redaktor naczelna nowego czasopisma „Pielęgniarka Polska”. W 1937 roku uczestniczyła w organizowaniu Katolickiego Związku Pielęgniarek Polskich. Skorzystała również ze stypendium w Belgii, wciąż doskonaląc swoje umiejętności.

Tragedia wojenna

Nadeszła II wojna światowa, a wraz z nią pierwsza tragedia, która odcisnęła niezatarte piętno w duszy wrażliwej Hanny – jej ukochany ojciec został aresztowany w czasie Sonderaktion Krakau, w listopadzie 1939 roku. Zmarł po kilku miesiącach w obozie Sachsenhausen. Hanna i jej matka pojechały do Niemiec pożegnać ciało profesora. Wkrótce w Katyniu zginął także starszy brat Hanny, Bogdan.

W obliczu osobistej tragedii i nieszczęść swoich podopiecznych szukała oparcia w Bogu i została benedyktyńską oblatką. Z pasją rzuciła się w wir pracy na rzecz przesiedlonych i wojennych uchodźców. Zaangażowała się w Obywatelskim Komitecie Pomocy, któremu przewodniczył abp Adam Stefan Sapieha, a także w Radzie Głównej Opiekuńczej, w dziale dla uchodźców. Transporty przywożące do Krakowa uchodźców liczyły 1500 do 2000 osób dziennie. Należało im zapewnić zakwaterowanie, wyżywienie, odzież, opiekę medyczną, środki czystości, zabezpieczyć dalszą podróż do zorganizowanych kwater na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Hanna nawiązała ścisłą współpracę z Polskim i Amerykańskim Czerwonym Krzyżem, by zapewnić pomoc ludności wysiedlonej z ziem wcielonych do Rzeszy Niemieckiej i Kresów Wschodnich. Szczególną troską objęła dzieci, organizując adopcje i pomoc rodzin zastępczych.

Ukrywała również żydowskie dzieci. Pomagała wysiedleńcom z Warszawy po upadku powstania 1944 r.

Rozwój pielęgniarstwa społecznego

W kwietniu 1945 roku rozpoczęła pracę w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie, gdzie kierowała działem pielęgniarstwa społecznego. W Stanach Zjednoczonych zapoznała się z metodami pracy tamtejszych pielęgniarek szpitalnych i społecznych, by zdobytą wiedzę wykorzystać w tworzeniu struktur pielęgniarstwa społecznego w Polsce.

We wrześniu 1957 roku objęła stanowisko dyrektorki Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego w Kobierzynie. Niespodziewana likwidacja szkoły skutkuje przejściem Chrzanowskiej na wcześniejszą emeryturę, ale nie był to czas bezczynny. Hanna rozpoczęła pracę nad podręcznikiem dla pielęgniarek pracujących poza szpitalem, jednocześnie organizując opiekę nad obłożnie chorymi samotnymi i opuszczonymi w oparciu o sieć duszpasterstwa parafialnego.

Opieka dwóch świętych mężów

Pierwsze spotkanie z ks. Karolem Wojtyłą zostało przez nią tak odnotowane: „Rozmowa była krótka. We mnie się paliło: musisz dopomóc! Słuchał z tym swoim dowcipnym uśmiechem, jakby lekko drwiącym. Nie wiedziałam jeszcze, że mam przed sobą najwspanialszego słuchacza wszelkich spraw”. Karol Wojtyła zaprowadził Hannę do proboszcza parafii Mariackiej ks. Ferdynanda Machaya, znanego w Krakowie społecznika, który wspierał ją przez lata.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że osobą, która skontaktowała Hannę z Wojtyłą była jej bliska współpracownica Zofia Szlendak. Jej cudowne uzdrowienie za wstawiennictwem Chrzanowskiej zostało po latach uznane za cud potrzebny do beatyfikacji.

Gdy Hanna Chrzanowska zmarła w 1973 roku, kard. Wojtyła przerwał swój udział w spotkaniu Konferencji Episkopatu Polski, by odprawić nabożeństwo pogrzebowe. Gdy nastąpił moment schowania trumny do grobu, zaczął śpiewać: „Uwielbiaj duszo moja Pana swego”. „To świadczy o jego przekonaniu o tym, że Hanna Chrzanowska będzie zbawiona. Za nią uwielbiał Boga” – wyjaśnia ks. Scąber.

W państwie socjalistycznym nie było chorych

Pielęgniarki skupione wokół Hanny Chrzanowskiej odnajdywały chorych, którzy byli w opłakanym stanie. W tamtych latach nie było opieki domowej, hospicjów, ośrodków pomocy społecznej. Ludzie umierali w strasznych warunkach sanitarnych, ciała rozkładały się, powodując trudny do wytrzymania fetor. W państwie socjalistycznym, jak mówiła propaganda, nie było ludzi biednych i potrzebujących, ale rzeczywistość była zupełnie inna. „Ona szła tam, gdzie nikt nie chciał. Bez modlitwy, bez życia sakramentalnego i bez wsparcia ks. Machaya i kard. Wojtyły – nie byłaby w stanie tego uczynić” – podsumował ks. Andrzej Scąber.

Krakowska Matka Teresa z Kalkuty

Matką Teresą dla Krakowa nazwał Hannę Chrzanowską kard. Stanisław Dziwisz. „Jej ogromne poświęcenie dla chorych wynikało nie tylko z tego, że była pielęgniarką, ale przede wszystkim z głębokiego życia wewnętrznego” – podkreśla osobisty sekretarz św. Jana Pawła II, który znał Chrzanowską osobiście.

Hannie Chrzanowskiej najbardziej zależało na tym, by być przy chorym. Tak pojmowała swoje powołanie. Towarzyszenie chorym było istotą jej misji. Poświęciła temu wszystko: osobiste życie, siły, czas i oszczędności, od rana do wieczora. „Fenomen pani Hanny polegał na tym, że doskonale rozumiała nie tylko potrzeby fizyczne i zdrowotne swoich podopiecznych, ale także duchowe oraz intelektualne” - tłumaczy Helena Matoga, wicepostulator w procesie beatyfikacyjnym Hanny Chrzanowskiej. A jej oddana uczennica Alina Rumun podkreślała: „Często powtarzała, że trudno mówić choremu o sakramentach świętych, gdy dokuczają mu odleżyny i podstawowe potrzeby nawet w najmniejszym stopniu nie są zaspokojone. Była przekonana, że gdy ciało jest pielęgnowane, to i dusza z czasem otworzy się na Boże sprawy”.

Potrafiła też dobrze wykorzystać swoje kompetencje i doświadczenie, by jak najlepiej służyć potrzebującym. W ten sposób wyznaczyła standardy nowoczesnej opieki nad chorymi, której fundamentem jest nie tylko niesienie ulgi w bólu fizycznym, ale także ukojenie niepokojów ducha. Hanna dała im nadzieję i poczucie, że ich życie ma niepodważalną wartość i sens. Pokazała im, że nie muszą żyć na marginesie społeczeństwa, że są ludzie którzy chcą im pomagać. Wiedziała też, że chorzy, wykluczeni i samotni są sercem wspólnoty Kościoła, a parafie nie będą wzrastać jako autentyczne wspólnoty uczniów Jezusa, jeśli troska o cierpiących nie stanie w centrum ich życia.

O dobroci należy krzyczeć

Do pomocy angażowała lekarzy, księży, studentów, pielęgniarki i siostry zakonne oraz wolontariuszy. Zarażała dobrem. „Ale naprawdę jest mnóstwo ludzi dobrych. I to właśnie nieszczęście, choroba wyzwala, niejednokrotnie konkretyzuje dobroć. Nie myślmy tylko o walce ze złem. Być może, że zło jest bardziej frapujące. Trzeba o nim mówić, a nawet krzyczeć. Ale czy o dobroci też nie należy krzyczeć? O dobroci zrodzonej przez nieszczęście, wysnuwanej z miłości, dzień po dniu!” – pisała. Troską otaczała nie tylko chorych, ale również ich rodziny. Jako pierwsza w Polsce zorganizowała w 1964 roku rekolekcje dla chorych w Trzebini, gdzie nauki wygłaszał jej największy sojusznik - Karol Wojtyła. W transporcie chorych pomagali jej lekarze, dziennikarze, profesorowie wyższych uczelni. W pierwszym roku z tych niezwykłych w tamtym czasie wczaso-rekolekcji skorzystało 74 chorych, liczba ta rosła z roku na rok. Stopniowo swoją działalnością objęła całą archidiecezję krakowską. W roku 1971 w 20 parafiach krakowskich systematycznie pielęgnowano 586 chorych, a poza Krakowem 159 chorych, wykonano też 719 odwiedzin socjalnych. Chrzanowska szkoliła kleryków i studentów: przygotowywała ich do kontaktów z chorymi, uczyła zasad pielęgnacji.

Spalała się w służbie chorym

Wkrótce przyszło jej zmierzyć się z osobistym krzyżem. W 1966 roku zapadła na chorobę nowotworową. Mimo ogromnego bólu, nadal była aktywna. Jej telefon nie milczał nawet wtedy, gdy schorowana i osłabiona umierała w domu, z dnia na dzień tracąc siły. Pod koniec życia, w kwietniu 1973 roku, siostry i pielęgniarki dyżurowały przy jej łóżku nieustannie. Codziennie przychodził ksiądz. 12 kwietnia przyjęła sakrament chorych z rąk późniejszego metropolity krakowskiego ks. Franciszka Macharskiego. Zmarła 29 kwietnia 1973 roku. Przy jej trumnie w kościele sióstr Karmelitanek Bosych przy ul. Łobzowskiej w Krakowie odprawił kard. Karol Wojtyła. „Byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze; zwłaszcza tego, kiedy mówił: Błogosławieni miłosierni. Dziękujemy Panu Bogu za to życie, które miało taką wymowę, które pozostawiło nam takie świadectwo; tak bardzo przejrzyste, tak bardzo czytelne” – żegnał ją przyszły papież.

Hanna Chrzanowska, zwana przez swoich chorych i uczennice „Cioteczką”, pochowana została w grobowcu rodzinnym na Cmentarzu Rakowickim.

Proces beatyfikacyjny

Proces beatyfikacyjny został wszczęty w 1998 roku przez kard. Franciszka Macharskiego. Jego etap diecezjalny trwał 5 lat, od listopada 1998 roku do listopada 2002 roku. Odbyło się 80 sesji, podczas których przesłuchano 72 świadków. Zeznania złożyli; 1 biskup, 6 kapłanów, 9 sióstr zakonnych, 56 osób świeckich.

W 2001 w Krakowie doszło do uzdrowienia Zofii Szlendak-Cholewińskiej, która była pielęgniarką i wychowanką Hanny Chrzanowskiej. Zofia od lat cierpiała na silne bóle i zawroty głowy. Badania wykazały, że to nieoperacyjny naczyniak tętniczo-żylny mózgu., a jego pęknięcie może spowodować natychmiastową śmierć. Pękł w marcu 2001 r., a wylew krwi spowodował niedowład kończyn górnych i dolnych. W czasie wylewu Zofia Szlendak-Cholewińska przeszła zawał serca. Jej stan był bardzo ciężki. Rozpoczęła się modlitwa o jej zdrowie nowenną za wstawiennictwem Hanny Chrzanowskiej w krakowskim kościele św. Mikołaja oraz w kościele św. Marka. Zofia wróciła do pełnej sprawności fizycznej i intelektualnej. Zmarła na chłoniaka w 2011 r.

Dekret heroiczności cnót Hanny Chrzanowskiej został promulgowany 30 września 2015 roku, a 7 lipca ub. roku papież Franciszek zatwierdził dekret beatyfikacyjny.

Przeniesienie doczesnych szczątków z Cmentarza Rakowickiego do podziemi kościoła św. Mikołaja nastąpiło 6 kwietnia 2016 roku. Dwa lata później odbyło się pobranie relikwii przyszłej błogosławionej i przeniesienie jej szczątków do sarkofagu w kaplicy kościoła św. Mikołaja.

Hanna Chrzanowska została beatyfikowana 28 kwietnia 2018 r. podczas uroczystej Mszy św. której w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach przewodniczył prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato.

CZYTAJ DALEJ

Ministerstwo rolnictwa: jedna pszczoła produkuje w ciągu całego życia jedną płaską łyżeczkę miodu

2020-08-08 11:55

[ TEMATY ]

rolnictwo

pszczelarz

pszczoła

Christian_Birkholz/pixabay.com

Z okazji przypadającego w sobotę Wielkiego Dnia Pszczół, resort rolnictwa apeluje, aby wspólnie dbać o pszczoły. Jak podaje, do wytworzenia 1 kg miodu pszczoły muszą odwiedzić nawet kilka milionów kwiatów, a jedna pszczoła produkuje w ciągu całego życia jedną płaską łyżeczkę miodu.

"Dziś Wielki Dzień Pszczół. Wspólnie dbajmy o pszczoły!" - czytamy na Twitterze Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Resort przypomina, że pszczoły oprócz zapylania roślin, dostarczają miodu, propolisu, pszczelego wosku, mleczka, pyłku. Według ministerstwa, struktura plastra miodu zainspirowała inżynierów do stworzenia lekkich i wytrzymałych konstrukcji.

Jak podaje MRiRW, matka pszczela, zwana królową, żyje 3-4 lata. Pszczoła robotnica żyje od 4 do 6 tygodni w trakcie sezonu pszczelarskiego.

Statystycznie od jednej rodziny pszczelej, pszczelarz odbiera 15-20 kg miodu. Z kolei 1 kg pszczół liczy około 10 tys. osobników. Do wytworzenia 1 kg miodu, pszczoły muszą odwiedzić nawet kilka milionów kwiatów.

"Jedna pszczoła produkuje w ciągu całego swojego życia jedną płaską łyżeczkę miodu" - czytamy.

Prędkość lotu pszczoły to ok. 30 km/h, a jednego dnia wszystkie robotnice w rodzinie pszczelej wykonują łącznie ponad 150 tys. lotów.

Ministerstwo Środowiska w sobotę na Twitterze przypomniało, że już po raz 8. obchodzimy Wielki Dzień Pszczół.

"Mając na uwadze ogromne znaczenie pszczół dla środowiska i człowieka, wspólnie z Lasami Państwowymi pilotujemy ogólnopolski program wsparcia pszczelarstwa i bartnictwa pt. Pszczoły Wracają Do Lasu" - czytamy na Twitterze MŚ.

Lasy Państwowe w sobotę na Twitterze przypomniały, że pszczoły odpowiadają za ponad 90 proc. zapyleń dokonywanych przez owady, dlatego od lat Lasy Państwowe "otaczają szczególną troską owady zapylające w ekosystemach leśnych".

"By udoskonalić nasze działania w ramach projektu Pszczoły Wracają Do Lasu ulokowaliśmy w lasach ponad setkę uli pomiarowych. Miesiące badań i dziesiątki tysięcy rekordów do przeanalizowania dostarczyły nam kompletu informacji o warunkach życia pszczół" - czytamy na Twitterze Lasów Państwowych.

Lasy Państwowe przypomniały, że obchodzony w sobotę Wielki Dzień Pszczół, został zainicjowany w 2013 r., aby przypomnieć o roli, jaką zapylacze pełnią w całym środowisku.

"To właśnie im ludzie zawdzięczają produkcję 1/3 żywności. Te pożyteczne owady zapylają aż 77 proc. gatunków roślin, z których są wytwarzane produkty spożywcze roślinnego pochodzenia. Z Programu Środowiskowego ONZ (UNEP, United Nations Environment Programme) wynika, że 84 proc. z 264 gatunków roślin uprawianych w Europie wymaga zapylania przez owady, głównie pszczoły, mało tego, wyłącznie te ostatnie zapylają 90 proc. roślin" - czytamy na stronie internetowej Lasów Państwowych. (PAP)

autor: Aneta Oksiuta

aop/ pat/

CZYTAJ DALEJ

Prezydent Duda: pamięć o Polakach ratujących Żydów nieusuwalną częścią polskiej tożsamości

2020-08-08 19:41

[ TEMATY ]

Żydzi

II wojna światowa

Andrzej Duda

PAP/Piotr Nowak

Pamięć o niezwykłych-zwykłych Polakach ratujących Żydów w trakcie II wojny światowej jest nieusuwalną częścią polskiej tożsamości — ocenił w liście do uczestników otwarcia Parku Pamięci Narodowej w Toruniu prezydent RP Andrzej Duda. Dodał, że ci ludzie uratowali kilkadziesiąt tysięcy współobywateli.

"W roku 1939 znaczna część ziem Rzeczypospolitej znalazła się pod okupacją nazistowskim Niemiec. Najeźdźcy zaczęli realizować szeroko zakrojony plan zniewolenia, zastraszania oraz częściowej eksterminacji mieszkańców Polski. Dla naszych współobywateli pochodzenia żydowskiego plan ten przewidywał całkowitą zagładę. W Polsce, która od wieków słynęła, jako bezpieczny, wspólny dom ludzi różnych narodowości, kultur i religii, kraju, w którym wolność i wyrastająca z Dekalogu międzyludzka solidarność były wartościami najwyższymi - niemiecki okupant wprowadził swoje totalitarne, zbrodnicze rządy i stworzył przerażający +przemysł śmierci+" - napisał Andrzej Duda w liście, który odczytała dyrektor generalna prezydenckiej kancelarii Grażyna Ignaczak-Bandych.

Prezydent dodał, że w obozach koncentracyjnych, w aresztach i więzieniach, w gettach, podczas egzekucji, pacyfikacji i ulicznych łapanek, a także na polu walki oraz w wyniku chorób czy niedożywienia - śmierć poniosło 6 mln obywateli, w tym 3 miliony polskich Żydów.

"W tamtym czasie znaleźli się jednak ludzie, których postawa moralna kontrastowała z hitlerowskim barbarzyństwem w sposób szczególnie jasny. To Polacy, którzy nieśli pomoc i dawali schronienie Żydom - mimo kary śmierci, która groziła za to samym ukrywającym oraz ich bliskim. Dzięki tym cichym i często już zapomnianym bohaterom kilkadziesiąt tysięcy naszych żydowskich współobywateli, sąsiadów, bliskich przetrwało wojnę" - wskazał Prezydent.

Ocenił, że pamięć o tych niezwykłych-zwykłych osobach jest szczególnie cenną, nieusuwalną częścią polskiej pamięci i tożsamości.

Otwarty w sobotę Park Pamięci wraz z kaplicą pamięci w toruńskim Sanktuarium pw. Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II prezydent uznał za jeden z ważniejszych punktów na kulturalnej mapie kraju.

Prezydent podziękował Fundacji Lux Veritatis, władzom miasta Torunia, a w szczególny sposób ojcu dyrektorowi Tadeuszowi Rydzykowi - "inicjatorowi wyjątkowych przedsięwzięć społeczno-religijnych".

We Mszy świętej pod przewodnictwem metropolity gdańskiego abp. Sławoja Leszka Głódzia i otwarciu Parku Pamięci Narodowej w Toruniu uczestniczą m.in. premier Mateusz Morawiecki, prezes PiS Jarosław Kaczyński, wicepremierzy Piotr Gliński i Jacek Sasin oraz szef MON Mariusz Błaszczak i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Na postumencie przed wejściem do Parku Pamięci Narodowej "Zachowali się, jak trzeba" umieszczony został cytat ze św. Jana Pawła II "Naród, który nie zna swej przeszłości, umiera i nie buduje przyszłości".

Park powstał w kompleksie, w którym znajdują się świątynia oraz Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej. Naprzeciwko parku trwa budowa Muzeum "Pamięć i Tożsamość" im. św. Jana Pawła II, które ma być gotowe wiosną 2021 roku.

W parku, położonym z rozległej niecce, w alei tworzącej kontur Polski, umieszczono tablice z 18 457 nazwiskami Polaków, którzy w czasie drugiej wojny światowej ratowali Żydów przed śmiercią. Tablice wieczorem będą podświetlane na biało-czerwono.

Docelowo w parku będzie umieszczonych 40 tysięcy nazwisk. Mają też zostać upamiętnieni też Ukraińcy, którzy zginęli za to, że ratowali Polaków. (PAP)

autorzy: Tomasz Więcławski, Jerzy Rausz

twi/ rau/ lena/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję