Na UKSW odbył się niedawno panel pt. „Dźwięki tożsamości, czyli jak muzyka tworzy przyszłość Polski”. Temat niezwykle ważny, bo chodzi o przekaz naszego dziedzictwa kulturalnego, immanentnie związanego z chrześcijaństwem, o czym nie wolno zapominać. Sam z ważnej przyczyny nie mogłem, niestety, wziąć udziału w panelu.
Już jako bardzo młody człowiek zauważyłem, że we współczesnej kulturze polskiej muzyka jest najbardziej ze wszystkich sztuk zakorzeniona w sacrum. Co ważne, nie wyrugowała tego nurtu polityka władz komunistycznych i nawet w okresie socrealizmu polskie środowisko muzyczne, z małymi wyjątkami, nie poddało się doktrynalnemu dyktatowi. Jak zwraca uwagę prof. Kinga Kiwała, powrót do sacrum w polskiej muzyce zaczął się w latach 60. ubiegłego wieku głównie za sprawą młodego wówczas kompozytora – Krzysztofa Pendereckiego, któremu światową sławę przyniosła Pasja według św. Łukasza, do której włączył powstałą wcześniej Stabat Mater. Już na początku drogi twórczej był przekonany, że „nie można się oderwać od duchowych korzeni”. Pendereckiego już pół wieku temu uznałem za twórcę stricte religijnego po wysłuchaniu jego poematu symfonicznego, nazywanego też mistycznym, pt. Przebudzenie Jakuba, nawiązującego do snu patriarchy Jakuba z Księgi Rodzaju.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Inspiracje biblijne i religijne zajmują niezwykle ważne miejsce w twórczości także innych naszych najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, takich jak Henryk Mikołaj Górecki i Wojciech Kilar. Ten pierwszy deklarował: „Dla mnie muzyka jest rezultatem religijnej koncentracji i medytacji”. Obok nich w nurt sakralny mocno się wpisują utwory tak wybitnych kompozytorów, jak Andrzej Panufnik, Roman Palester, Juliusz Łuciuk czy – nadal aktywny twórczo – Paweł Łukaszewski. Nie wolno też zapominać, że polscy muzycy wiernie towarzyszyli narodowi w wielu ważnych momentach dziejowych, jak wybór kard. Karola Wojtyły na papieża, śmierć prymasa Stefana Wyszyńskiego, powstanie Solidarności, pielgrzymki papieskie do Polski, stan wojenny, śmierć ks. Jerzego Popiełuszki. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że w centrum swego wspaniałego Te Deum Penderecki wplótł hymn Boże, coś Polskę – symbol naszej tożsamości religijnej i narodowej.
Panel na UKSW zbiegł się w czasie z publikacją w kwartalniku Pressje ciekawego eseju dr Antoniny Karpowicz-Zbińkowskiej pt. Utracona muzyka sfer. Jego punktem wyjścia jest stwierdzenie, że jeśli od dzisiejszej muzyki wymaga się, aby dostarczała emocji i przyjemności, to dawniej łączono ją z metafizyką, rozumianą jako fundamentalna nauka o zasadach wszechświata. „Bez przyjęcia Boga, a wraz z Nim również teocentrycznego obrazu świata, trudno jest przyjąć ideę muzyki jako obrazu Bożego porządku. Nie da się zrozumieć świata bez poznania jego Stwórcy” – argumentuje autorka. W tej sytuacji, jej zdaniem, warunkiem powrotu do dawnego pojmowania muzyki jest ponowne zwrócenie się ku teocentryzmowi. Tłumaczy ten postulat następująco: „Chodzi o zwykłe przyjęcie, że to Bóg stworzył świat w sposób uporządkowany wraz z rządzącymi nim logicznymi prawami. (...) Tak jak dzieło mówi wiele o swoim twórcy, tak samo jest ze światem stworzonym, który odwzorowuje naturę Boga”.
Sądzę, że wymienieni przeze mnie kompozytorzy mieli tego świadomość. Jeśli chodzi o słuchaczy, to przy dzisiejszym zaniku uczuć metafizycznych postulat takiego jak wyżej rozumienia muzyki wydaje się trudny do spełnienia. Na szczęście wybitne utwory o treści religijnej grane są często w salach koncertowych.
Niedawno w Filharmonii Narodowej wysłuchałem Symfonii pieśni żałosnych Góreckiego. Ten utwór przyniósł kompozytorowi światową sławę. W pierwszej części sopran wykonuje XV-wieczny lament Matki Bożej, w drugiej śpiewa tekst zapisany przez młodą góralkę w katowni gestapo, a w trzeciej – śląską piosenkę ludową o matce szukającej „synocka” poległego w powstaniu. Dzieło Góreckiego wybrzmiało jak misterium chyba zgodnie z intencją dyrygenta – Krzysztofa Urbańskiego, który poprosił słuchaczy o nieoklaskiwanie wykonawców. Pierwszy raz w życiu muzykę w filharmonii odebrałem w kategoriach mistycznych, a po zakończeniu utworu długo nie mogłem wstać z miejsca.
