Oczywiście, Polska nie jest krajem, w którym chrześcijan zamyka się do więzień czy odbiera się im prawo do praktyk religijnych. Takie dramaty rozgrywają się dziś w wielu krajach Afryki czy Azji. U nas presja wygląda inaczej. Częściej przybiera formę drwin, internetowego hejtu, społecznego wykluczenia albo zwykłego ośmieszania. Nie zostawia siniaków, zostawia jednak poczucie, że o wierze lepiej nie mówić.
Sumienie na ławie oskarżonych
Reklama
Jednym z najbardziej znanych przykładów ostatnich lat była sprawa pracownika krakowskiej IKEA. Mężczyzna zamieścił na wewnętrznym forum firmy wpis zawierający cytaty z Biblii. Była to odpowiedź na materiały dotyczące akcji wspierającej środowiska LGBT. Niedługo później został zwolniony. Pracownik przekonywał, że zapłacił za publiczne wyrażenie swoich przekonań religijnych. IKEA odpowiadała, że przyczyną rozwiązania umowy były naruszenie zasad obowiązujących w firmie oraz treść jego wypowiedzi. Sprawa szybko przestała być wyłącznie sporem między pracownikiem a pracodawcą. Stała się ogólnopolską debatą o granicach wolności sumienia i prawie do wyrażania swoich przekonań w miejscu pracy. Jeszcze większe emocje wywołała kilka lat wcześniej sprawa prof. Bogdana Chazana. Jako dyrektor warszawskiego Szpitala Świętej Rodziny odmówił wykonania aborcji, powołując się na klauzulę sumienia. Wkrótce został odwołany ze stanowiska. Dla jednych była to konsekwencja niewywiązania się z obowiązków wynikających z przepisów, a dla wielu katolików – symbol ceny, jaką można zapłacić za wierność własnemu sumieniu. Szeroką dyskusję wywołała również sprawa Weroniki Krawczyk, działaczki pro-life, skazanej za zniesławienie lekarza wykonującego aborcje. Zwolennicy wyroku podkreślali, że sąd oceniał konkretne zachowanie, ale czy nie był to jednak kolejny sygnał, iż osoby publicznie angażujące się w obronę życia coraz częściej płacą za swoje przekonania wysoką cenę?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Na uczelni i w mediach
O ile publiczne manifestowanie wielu poglądów spotyka się z uznaniem, o tyle przyznanie się do katolicyzmu coraz częściej staje się powodem drwin, oskarżeń o zacofanie czy prób zepchnięcia wiary do sfery całkowicie prywatnej. To zjawisko widać także na uczelniach. Głośnym echem odbiła się kilka lat temu sprawa dr hab. Ewy Budzyńskiej, profesor Uniwersytetu Śląskiego. Wykładowczyni, gdy prowadziła zajęcia z socjologii rodziny, odwoływała się również do chrześcijańskiej wizji małżeństwa i rodziny. Po skargach części studentów wszczęto wobec niej postępowanie dyscyplinarne. Dla wielu osób nie była to wyłącznie historia jednej profesor. Stała się symbolem pytania, czy na współczesnym uniwersytecie naprawdę jest jeszcze miejsce dla poglądów zakorzenionych w chrześcijaństwie, czy też z góry uznaje się je za podejrzane i niewłaściwe.
Reklama
Jeszcze wyraźniej widać to w mediach i kulturze. Trudno oprzeć się wrażeniu, że chrześcijańskie symbole bardzo często stają się wygodnym celem prowokacji. Krzyż, wizerunek Matki Bożej czy św. Jana Pawła II regularnie pojawiają się w spektaklach, na wystawach, w happeningach czy publikacjach, których autorzy tłumaczą swoje działania wolnością artystyczną lub satyrą. Dobrze pokazała to sprawa okładki tygodnika NIE, przedstawiającej zbezczeszczony wizerunek św. Jana Pawła II. Dla redakcji była to satyra. Dla ludzi wierzących – szyderstwo z człowieka, którego uważają za świętego i jednego z największych Polaków w historii. Gdy pojawiły się informacje o problemach z dystrybucją numeru, rozpoczęła się kolejna burzliwa dyskusja. Na samej krytyce się nie skończyło. Daniel Obajtek, ówczesny prezes Orlenu, poinformował, że kontrowersyjny numer tygodnika NIE zostanie wycofany ze sprzedaży na stacjach paliw należących do koncernu. Decyzję uzasadniał tym, że publikacja obraża uczucia religijne i godzi w autorytet św. Jana Pawła II. Sprawa błyskawicznie przeniosła się z mediów do sądów i prokuratury. Nie jest to pojedynczy przypadek. Od lat powraca ten sam schemat. Gdy obrażane są symbole chrześcijańskie, bardzo szybko pojawiają się głosy o wolności ekspresji, prawie do prowokacji czy artystycznego komentarza.
Lepiej o tym nie mówić
Głośne procesy, medialne awantury czy internetowe burze przyciągają uwagę i szybko stają się tematem dnia, ale prawdziwa presja najczęściej nie pojawia się ani w sądzie, ani w telewizji. Rozgrywa się w biurze, na uczelni, w szkole, przy rodzinnym stole czy podczas spotkania ze znajomymi. To właśnie tam niejeden katolik zaczyna ważyć każde słowo. Zastanawia się, czy powiedzieć, że był na pielgrzymce, czy przyznać się, że pości. Czy odważyć się zabrać głos w dyskusji o ochronie życia albo o małżeństwie. Coraz częściej po prostu nie widzi sensu. Wie, że zamiast rzeczowo porozmawiać, usłyszy, iż jest „ciemnogrodem”, „fanatykiem” albo „fundamentalistą”. To chyba najbardziej niepokojąca zmiana, która nastąpiła w ostatnich latach. Nie odbiera się ludziom prawa do wiary. Odbiera im się ochotę, by o niej mówić.
Anna ma 39 lat, dwójkę dzieci i pracuje w jednym z mazowieckich urzędów. W poniedziałkowy poranek, przy kawie, koleżanki z pracy opowiadają o minionym weekendzie. Jedna była nad jeziorem, druga – na zakupach, trzecia odwiedziła rodzinę. Kiedy przychodzi kolej na Annę, mówi, że razem z mężem uczestniczyła w rekolekcjach dla małżeństw. Na chwilę zapada cisza. Potem ktoś rzuca z uśmiechem: „Wy to chyba żyjecie jak zakonnicy”. Rozmowa niby szybko schodzi na inny temat, ale kobieta czuje, że znów została oceniona nie za to, jakim jest człowiekiem, lecz za to, w co wierzy. Podobny mechanizm można dostrzec także w życiu publicznym. Gdy znany sportowiec wykonuje znak krzyża przed meczem, aktor mówi o modlitwie, a muzyk dziękuje Bogu za sukces, niemal natychmiast pojawiają się głosy, że religia powinna pozostać sprawą prywatną. Trudno nie zadać pytania: dlaczego takie oczekiwanie kierowane jest przede wszystkim do chrześcijan? Czy ktoś z podobną stanowczością domaga się, by przedstawiciele innych światopoglądów nie mówili publicznie o swoich przekonaniach? A przecież wielu znanych Polaków nie zamierza ukrywać tego, co jest dla nich ważne. Jakub Błaszczykowski od lat otwarcie mówi o wierze i o tym, że modlitwa pomaga mu zachować właściwe proporcje w życiu. Adam Woronowicz wielokrotnie podkreślał, że bez Boga trudno byłoby mu przechodzić przez zawodowe i osobiste doświadczenia. Anna Dymna nie ukrywa, że modlitwa daje jej siłę i nadzieję. Można uznać, że to tylko drobne gesty. W rzeczywistości jest to coś znacznie więcej. Osoby te pokazują, że także dziś można publicznie przyznawać się do swojej wiary, choć coraz częściej trzeba się liczyć z falą drwin, złośliwych komentarzy i prób ośmieszenia.
Bo być może właśnie to jest największy paradoks naszych czasów. W kraju, w którym nikt nie zabrania chodzić do kościoła, coraz więcej ludzi zaczyna się zastanawiać, czy warto głośno powiedzieć, że wierzy.
